Decyzja

Decyzja podjęta. Data ustalona. Jest konkretny cel. Trzeba to tylko wszystko zorganizować i ogarnąć logistycznie.
Nie bylo mnie półtora roku na blogu. Musiałam odciąć się trochę od wirtualnego świata. W tym czasie podszkoliłam się z angielskiego i zaczęłam dodatkową pracę.
Od dawna wiedzieliśmy KIEDY wyjedziemy, ale im było bliżej daty wyjazdu, tym bardziej nie mogliśmy w to uwierzyć. Pierwszy raz dotarło to do mnie, gdy zapisałam dzieci do szkoły i do przedszkola w Polsce, a drugi raz, gdy oficjalnie powiedziałam o tym w szkole, w przedszkolu, w pracy i znajomym w Anglii. Z jednej strony poczułam ulgę, a z drugiej strach. Jednak nie boję sie tego co będzie z nami w Polsce, jak sobie poradzimy. Jestem bardzo pozytywnie nastawiona. Boję się pierwszych miesięcy, gdy wszystko zwali sie od razu – nowa szkoła, nowa praca i rozłąka z mężem. Niestety on będzie musiał zostać w Anglii jeszce kilka miesięcy. Ale jesteśmy w tej komfortowej sytuacji, ze mamy swoje miejsce na ziemi, więc trzeba tę szansę wykorzysać.
Gdy ogłosiłam nasz wyjazd z Anglii po 13 latach, spotkałam się z niesamowitymi rekcjami. Chyba tylko dwie osoby zapytały czy to z powodu Brexitu (nie, nie z tego powodu 🙂 ), kolejne dwie zasugerowały przemyślenie decyzji o przeprowadzce (Polacy), ale znakomita większość zareagowała uśmiechem, życzyła nam powodzenia i zapewniła, że jeśli tego chcemy, to to jest najlepsza decyzja. Spotkałam się również z przejawem zazdrości, ale takiej zdrowej. Niestety różnie losy się ludziom plączą, nie każdy ma komfort powrotu “na swoje” i nie każdemu łatwo podjąć decyzję.

Ale chcę być u siebie. Dla różnych ludzi może oznaczać to coś innego, ale to najczęściej podawana odpowiedź. Przez 13 lat mojego pobytu w Anglii ani razu nie pomyślałam, że tu zostanę. Zawsze wiedziałam, że wyjadę, tylko nie wiedziałam KIEDY. Najtrudniej było podjąć decyzję, a potem ustalić datę. Ustalenie daty to klucz do sukcesu. To nas mobilizowało najbardziej.
Mój mąż jest Słowakiem, wiec dałam mu czas na zastanowienie, bo jeśli on nie chce mieszkać w Polsce, to nie mogę go namawiać i trzeba szukać innych rozwiązań. Zadałam my pytanie: Czy chcesz się tu zestarzeć i umrzeć. – Nie. Czy myślisz, że moglibyśmy zamieszkać w Polsce? Dałam mu 6 miesięcy na odpowiedź. To wymagało porządnego przemyślenia, ale mąż się zdecydował. Pozostały tylko dzieci. Postanowiliśmy, żeby jechać teraz, gdy są jeszcze na tyle małe, ze łatwiej będzie je „wyrwać” z ich środowiska, łatwiej przystosują się do nowych warunków. Choć wiadomo, każde dziecko jest inne i inaczej reaguje na zmiany.
Tudno powiedzieć co dzieje się w tych malych główkach teraz, ale ucieszyły się, gdy im powiedzieliśmy o przeprowadzce do Polski. Oczywiście wcześniej podpytywaliśmy je o to, czy chciałyby się przeprowadzić, a jeśli tak, to gdzie (odpowiedzały same, że do Polski 🙂 ). Opowiadają w szkole o swoich planach przeprowadzki, dopytują kiedy wyjeżdżamy, pakują swoje zabawki. Starszy ma już 7 lat, więc we wrześniu pójdzie do pierwszej klasy. Młodszy – do przedszkola. Jedyne czego się obawiam to to, że ich swobodny angielski już tak nie będzie wykorzystany. Muszę wymyślić, co z tym dalej począć. Nie chcę tego zmarnować, więc może wyślę je na konwersacje, najlepiej z native speakerem.
Póki co żyjemy załatwianiem spraw, organizacją, tworzeniem list “to do”, a za chwilę pakowaniem…

Advertisements

Święta…

“Jedziesz na Święta do Polski? Bo ty taka polska dziewczyna jesteś.” zapytała mnie znajoma. No i do teraz nie wiem czy to był komplement czy zarzut z tą “polską dziewczyną”. Jadę z rodziną, ale tylko na 3 dni. Zostawiamy dzieci u dziadków na tydzień i po świętach wracam z mężem do UK. Nie jeżdżę na święta co roku. Wszystko zależy od pracy. Gdybym mogła, byłabym na Boże Narodzenie w Polsce każdego roku. Uwielbiam dom pełen bliskich mi ludzi, świąteczne zapachy, gwar i to, że jest wesoło. To prawdziwie magiczny czas.
Mimo, że jadę do Polski na Boże Narodzenie, przygotowuję się do Świąt tu, w Anglii. Mamy choinkę i lampki na oknach, zrobiliśmy żłóbek, śpiewamy kolędy, piekliśmy pierniki już 4 razy w tym roku – piekliśmy, jedliśmy i rozdawaliśmy znajomym różnych narodowości życząc spokojnych Świąt. Myślę, że te życzenia nabrały nowej mocy. Czasy mamy bardzo niepewne…
Gdy byłam jeszcze nastolatką moja mama zawsze powtarzała nam w wigilię, że gdziekolwiek będziemy mieszkać w przyszłości, na Święta mamy zawsze wracać do naszego rodzinnego domu ze swoimi dziećmi i partnerami. I każde z nas – ja i moje rodzeństwo- zawsze czuło, że nie może być inaczej. I kiedy wyjeżdżłam do Anglii każdy mówił “Przecież to nie Australia, niecałe 2 godziny lotu, samoloty codzinnie, kilka razy dziennie. Przecież nie ma problemu.” A potem dopadła nas rzeczywistość – brak zgody na urlop, setki funtów za bilet na święta… Pierwsze święta na emigracji przepłakałam (wtedy jeszcze nie miałam swojej rodziny), później, gdy już miałam męża, było łatwiej. Teraz, gdy są dzieci znowu robimy wszystko, by pojechać do Polski – do babci, dziadka, prababci i pradziadka, żeby mój brat przebrał się za Świętego Mikołaja, żeby było wesoło. No to jedziemy.

Życzę Wam Kochani przede wszytskim Spokojnych i Zdrowych Świąt Bożego Narodzenia. Żebyście spędzili je z tymi, kórzy są Wam najbliżsi; gdziekolwiek, ale razem. A jeśli nie możecie być razem to zróbcie wszytsko, aby być razem za rok.
Niech 2017 Rok przyniesie ukojenie, rozwagę i pokój.
Bądźcie Szczęśliwi!

Moje dwie minuty ciszy…

poppy

11.11 o godzinie 11.00 – co roku w tym czasie kto tylko może zatrzymuje się na dwie minuty w ciszy, by tym uczcić pamięć poległych żołnierzy. Te dwie minuty ciszy zawsze zmuszają mnie do refleksji. W tym roku wyjątkowo mocnej refleksji.
Nie chcę już więcej wojny! Mam to szczęście, że zawsze żyłam w wolnym kraju, wojnę znam z filmów, książek i opowiadań moich dziadków. Wojna zawsze mnie przerażała i jest to chyba jedyna rzecz, poza chorobami, której się boję. Przeraża mnie, że to ludzie ludziom…
W tym roku moje dwie minuty ciszy poprzedziły wiadomości na tweeterze, w których ludzie piszą, pokazują i ostrzegają przed tym co się dzieje w Ameryce od kiedy ogłoszono zwycięstwo Trumpa w wyborach prezydenckich (Day 1 in Trump’s America). Minęło zaledwie 48 godzin, a ksenofobi poczuli sie bezkarni… Ludzie boją się innych ludzi.
W środę po przebudzeniu wiedziałam, że świat zmierza w złą stronę. Czułam się jak wtedy w czerwcowy poranek, gdy okazało się, że ludzie chcą Brexitu, a niektórzy z nich poczuli nieformalne przyzwolenie na ksenofobiczne zachowania.
I teraz znowu niewiadomo czego się spodziewać.
Ostatnie 12 miesięcy wstrząsnęło światem, ale niestety nie ludzkimi sumieniami.

Przez ten rok do głosu doszli ludzie, których nikt nie chciał słuchać, którzy podejmując decyzję kierowali się jednym – chęcią zmiany bez względu na konsekwencje.
A konsekwenje są poważne. Ksenofobi zaczynają pałać nienawiścią. Każdy, kto choć trochę jest “inny”, jest potencjalnym celem ataku i nieważne czy słownego czy fizycznego.
Kilka tygodni temu zdarzyło mi się, że idąc główną ulicą miasta, ktoś krzyknął mi do ucha bardzo głośno i w bardzo agresywny sposób: “POOOLISH!!”. Niby nic, bo nie wstydzę się tego, że jestem z Polski, ale bałam się człowieka, tego konkretnego, który kojarzył mnie z przeszłości, wiedział, że jestem Polką i to mu przeszkadzało.

 

Dziś mam wrażenie, że historia niczego nas nie nauczyła, że zatacza koło. Ludzie boją się ludzi. I to napawa trwogą.

[Link: bbc.co.uk ]

 

*Na zdjęciu głównym “poppy”, symbol pamięci poległych, zrobiony przez mojego synka w przedszkolu. Starszy zrobił kilka małych dla całej rodziny. Przed wyjściem do szkoły, wytłumaczyłam dzieciom co to jest Remembrance Day, dlaczego będą stali przez dwie minuty w ciszy i czym jest “poppy”. Wytłumaczyłam im też czym jest Narodowe Święto Niepodległości w Polsce i dlaczego jest ważne. Będę im to powtarzać co roku, żeby zrozumieli, że trzeba szanować drugiego człowieka, że wojna jest zła i że byli ludzie, dzięki którym dziś możemy żyć w wolnym kraju.

Ksenofobia (wpis bardzo osobisty)

Ten wpis powstawał rok. Ostatecznie napisałam go w niedzielę i do tej pory zastanawiam się, czy dobrze robię, publikując go. Nie narzekam i nie użalam się nad sobą. Piszę o tym, co mnie spotkało. Usłyszałam opinię, że każdy ma taką emigrację, na jaką zasługuje. Nie wiem czym ja sobie zasłużyłam.
“Not everyone who voted ‘out’ is racist, but all racists voted ‘out” (“Nie każdy, kto głosował za wyjściem jest rasistą, ale każdy rasista głosował za wyjściem”) napisał na Facebooku mój (angielski) znajomy.
Od oficjalnego ogłoszenia wyniku referendum nie minęły nawet trzy dni, a ataki na obcokrajowców (w szczególności Polaków) przybrały na sile. Piszą o tym najbardziej popularne dzienniki i mniej oficjalne portale interentowe. Agresja wobec nas natężyła się w ciągu zaledwie kilku godzin.
Mam wrażenie, że niektórym głosującym za wyjściem z UE wydawało się, że głosowali za wyrzuceniem obcokrajowców. I myśleli, że w piątek już wszyscy stąd wyjedziemy.
Wyszło kolejne kłamstwo kampanii na rzecz wyjścia z Unii. Kłamstwo jednak trochę na naszą korzyść, ponieważ potencjalny kandydat na premiera, Borys Johnson, ogłosił w niedzielę, że nikogo nie zamierza wyrzucać i wszyscy są mile widziani.
Ale czy ktokolwiek będzie tu się czuł bezpiecznie…
W piątek Europa obudziła się w innej rzeczywistości. Najbardziej obawiałam się efektów ekonomicznych, a tymczasem okazuje się, że z ludzi wyszło to, co najgorsze – ksenofobia i nienawiść do drugiego człowieka.
To, co przez te wszystkie lata było ciche, teraz zaczęło krzyczeć.
Dyskryminacja i ksenofobia stały się widoczne. To, co niejeden z nas czuł, przybrało realną postać.
Doskonale to znam…
Moje 11 lat tutaj jest podszyte niepewnością. Najgorsze były początki.
Zdaję sobie sparwę, że są ludzie, którzy świetnie się odnajdują na obczyźnie, nie czują się dyskryminowani, ani odmienni. Trochę im tego zazdroszczę. Ja swoje przeszłam. W moim przypadku dyskryminacja i zachowania ksenofobiczne były jawne, bardzo bezpośrednie (od dawna zamierzałam o tym napisać na blogu, ale chyba musiał przyjść odpowiedni moment) i pewnie dlatego jestem przewrażliwiona. I nie chodzi mi o to, że postrzeganie imigranta jako człowieka drugiej kategori to domena Anglików, ale uważam, że to może dotyczyć każdego człowieka, w jakimkolwiek kraju. Obcość zawsze będzie podejrzana i zawsze będzie budzić kontrowersje.
Mieszkam w Anglii od ponad 11 lat i byłam dyskryminowana bezpośrednio oraz doświadczyłam ksenofobicznych zachowań na własnej skórze. Może to kwestia tego, że mieszkam na prowincji, gdzie poczucie lokalnej wspólnoty jest bardzo silne, a Polaków coraz więcej (podobnie jak Słowaków i Rumunów, których i tak często nazywa się Polakami). Znam wielu Anglików, z którymi łączą mnie bardzo dobre relacje, ale niestety miałam też styczność z mniej przychylnymi ludźmi, szczególnie gdy awansowałam i ode mnie zależała organizacja ich pracy czy urlopy. Wiele niepotrzebnego stresu i walki kosztowało mnie by przekonać ich do siebie. Długo musiałam udowadniać, że jestem właściwą osobą na właściwym miejscu.
Chcecie znać konkrety?
Po moim awansie odmawiano współpracy ze mną. Traktowano mnie jak powietrze, nie przysiadano się do mnie na lunchu, nikt nie stawiał się na organizowanych przeze mnie meetingach, każdy robił “swoje”, nawet jeśli mówiłam, że ma być inaczej.
Było cholernie ciężko. W pracy byłam twarda i mimo ignorancji, nie poddawałam się. Poprosiłam przełożonych o interwencję. Zorganizowano spotkanie, na którym poinformowano wszystkich pracowników o konsekwencjach ignorowania moich poleceń.
Zrozumieli, że nie ustąpię. Nasze rozmowy ograniczały się do suchych wymian zdań dotyczących pracy. Ciągle jednak była jedna osoba, która całkowicie mnie ignorowała. Była to starsza pani. Nigdy przedtem ani potem nikt nie potraktował mnie w ten sposób. Do dziś pamiętam jej błędny wzrok, który mnie omijał; odchodziła, gdy do niej mówiłam i wychodziła z pomieszczenia, gdy ja do niego wchodziłam. To była jedyna jej reakcja na moją osobę. Byłam powietrzem. Kiedyś w odruchu bezsilności dotknęłam jej raminia (z jak najbardziej  pozytywną intencją), próbując zwrócić jej uwagę, ale ona mnie odepchnęła i poszła zgłosić przekroczenie granic nietykalności osobistej.
Na szczęście skończyło się tylko na pouczeniu mnie, a starsza pani nadal była nietykalna (dosłownie i w przenośni). Po pewnym czasie odeszła z powodów zdrowotnych.

Doskonale pamiętam też jedną z klientek sklepu, która nie dostała tego, co chciała – nie było takiej możliwości, tłumaczyłam grzecznie. Zadziałałam  na nią niczym płachta na byka, zrobiła się czerwona i wykrzyczała mi w twarz w obecności innych klientów i moich współpracowników, co o mnie myśli, kim ja tu jestem i że powinna wrócić tam, skąd przyszłam. Stałam i słuchałam aż wyładuje całą energię, czułam tylko jej okropny oddech i krople sliny. Stalam z pozornie stoickim spokojem. Gdy się uspokoiła, wskazałam jej punkt obsługi klienta i powiedziałam, że tam może złożyć zażalenie. Odeszła. Ja odwróciłam się i wyszłam pewnym krokiem. Nie chciałam, by ktokolwiek widział napływające łzy. Nie mogłam się opanować.

Kiedy już uporałam się z pracownikami, pojawił się kolejny problem – przełożeni. Jedna z managerek wysłała mnie na szkolenia managerskie. W tym samym czasie na szkolenia został wysłany mój przyszły mąż (Słowak). Nasza batalia trwała 2 lata. Zwodzono nas, że zostaniemy wysłani na praktyki. Wykorzystywano nas do nadgodzinowej, w większości niepłatnej pracy, wmawiano, że musimy się wykazać. To był chyba jedyny moment w życiu, kiedy się poddałam. Nie dałam rady znieść tego, że jestem wykorzystywana, że inni zostali wysłani na praktyki po zaledwie kilku miesiącach, a my po dwóch latach nadal jesteśmy w tym samym miejscu. Złożyliśmy pisemne rezygnacje. Wtedy zmienił się cały management naszej firmy, przyszła “świeża krew”. Proponowano nam powrót na szkolenia i praktykę, ponieważ “już tyle w was zainwestowaliśmy”. Byliśmy jednak tak bardzo zrezygnowani, że stanowczo odmówiliśmy. To była dobra decyzja.
Po kilku latach otworzyłam z mężem sklep ze zdrową lokalną żywnością. Pech chciał, że w krótkim czasie od otwarcia, nadszedł kryzys. Nie daliśmy rady utrzymać sklepu.
Przez prawie rok funkcjonowania naszego sklepu doświadczyliśmy kilku nieprzyjemnych sytuacji, ale poznaliśmy też wielu wspaniałych ludzi (głównie lokalnych producentów), z którymi utrzymujemy kontakt do dziś. Klientów było nam trudniej do siebie przekonać, choć mieliśmy grono stałych.
W naszym sklepie sprzedawaliśmy tylko lokalne, a co za tym idzie, angielskie produkty (warzywa, owoce, jajka, chleb z lokalnej piekarni, przetwory, słodycze, lokalne alkohole – wszystko od okolicznych rolników i producentów). Mimo to, mówiono o naszym sklepie… polski sklep. Czasem trudno było przekonać potencjalnych klientów, że produkty pochodzą stąd. Zanim przeczytali opis na opakowaniu (lub chociaż szyld na skelpie), zdążyli ocenić i ponarzekać, że po co komu kolejny polski sklep.
Pewnego dnia bardzo pewnym krokiem weszła do sklepu kobieta w średnim wieku i w furii zaczęła wertować półki. Klient nasz pan, pomyślałam. Na jej pytanie “Co tu sprzedajecie?” zadane ostrym tonem, odpowiedziałam, że są to produkty od lokalnych producentów, w większości ekologiczne i zanim skończyłam swój wywód, ona zaczęła na mnie krzyczeć (byłyśmy same w sklepie), podobnie jak klientka w poprzedniej mojej pracy, zdzierając sobie gardło i plując: “NO! It’s not British! You are not British!” (“Nie! To nie jest brytyjskie! Ty nie jesteś Brytyjką!”) i krzyczała dalej, a ja poczułam besilność po raz kolejny. Gdy wyszła, musiałam na krótko zamknąć sklep, żeby się uspokoić, by móc w miarę normalnie dotrwać do końca dnia.
Sytuacje wyżej opisane były dla mnie najbardziej dotkliwe. Przez te wszystkie lata wydarzyło się znacznie więcej, były to czasem drobne niuanse czy ironicznie wypowiedziane słowa. Niektórych już nawet nie pamiętam…
Pisząc to, mam ściśnięte gardło. Mimo wielu lat te uczucia są ciągle bardzo żywe i nie można zapomnieć poniżenia i bezradności.
Ostatnie dni znowu wzbudziły we mnie niepokój i obawy, ale tym razem już nie o siebie, bo wiem, że sobie z tym poradzę, ale o własne dzieci.

Moja obserwacja: Niestety pojawia się hejt polskich emigrantów skierowany do polskich emigrantów w postaci tekstów: ” Każdy ma taką emigrację, na jaką zasługuje”, “To, jaką masz emigrację wynika z Twojej mentalności”, “To wszystko siedzi tylko w Twojej głowie”, “To wynika może ze środowiska w jakim przebywasz, bo ja nie mam z tym problemu pracując w korporacji/w środowisku akademickim”. Szkoda, że tak bardzo brakuje empatii ze strony innych Polakow, że się wzajemnie nie szanujemy. Po prostu uważam, że nie można udawać, że problemu nie ma. Problem jest, a wynik referendum otworzył tylko puszkę pandory.

Mimo zapewnień moich angielskich znajomych, że jestem w Anglii mile widziana (a takie otrzymuję od kilku dni), nie czuję się tu bezpiecznie. Dyskryminacja i ksenofobia – teraz już oficjalnie – to powody podjęcia przeze mnie decyzji (już dawno) o powrocie do Polski. W Anglii nie jestem i nigdy nie będę u siebie.

PS. Proszę nie oceniać mnie, ani mojej decyzji o powrocie. Znam polskie realia. Mam obawy czy ja i moja rodzina się w nich odnajdziemy. Wiem, że Polska również ma problem z ksenofobią, ale mam wybór, więc z niego korzystam.

 

To tylko kilka zdarzeń z ostatnich dni:

Londyn, 26 czerwca 2016

“Siedziba Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego (POSK) w Londynie została w niedzielę rano zamalowana ksenofobicznym graffiti. Namalowane farbą na fasadzie budynku hasła wzywały Polaków do opuszczenia Wielkiej Brytanii. Zdaniem rzecznika londyńskiej policji metropolitalnej atak na polski ośrodek to ‘przestępstwo na tle rasowym’.” [Polityka 26 czerwca 2016]

OMP

Ramford, 26 czerwca 2016

Zdjęcie zrobione w Romfrod w niedzielę. Napis na koszulce mężczyzny: “Tak! Wygraliśmy! A teraz odesłać ich z powrotem”

send them back

Hungtington, 25 czerwca 2016

W sobotę Polskie rodziny w Hungtington otrzymały zalaminowane kartki z napisem “Wychodzimy z Unii Europejskiej. Nie będzie więcej polskiego robactwa”

polish vermin

Newcastle, 25 czerwca 2016

Napis na transparencie “STOP IMIGRACJI. POCZĄTEK REPATRIACJI”

stop immigration

Brexit, czyli nie wychodzić po angielsku (+ fotki)

Jako imigrantka wolałabym, żeby Wielka Brytania nie występowała z Unii Europejskiej. Gdybym była Brytyjką, pewnie bym się wahała…
Do czasu referendum starałam się omijać temat ewentualnego wyjścia, bo tak naprawdę nikt nie wie co się stanie, jeśli UK wystąpi z UE.
Teraz, na kilka dni przed referendum, temat uderza ze wszystkich stron. W gazetach to temat na pierwsze strony, w telewizji i w radiu debaty, rozmowy, wywiady dotyczące argumentacji za i przeciw, na domach ludzie wywieszają plakaty i tabliczki ze swoją deklaracją “Vote to leave” albo “Vote in”. I częściowo zaczynam się obawiać, nie tylko tego co się z nami stanie po wystąpieniu Wielkiej Brytanii z Unii, ale również tego, jak będziemy traktowani i postrzegani przez obywateli Anglii oraz… jak będziemy traktowani po powrocie do Polski (jeśli ktoś zamierza wracać).
Nawet jeśli Anglia pozostanie w Unii, nic już nie będzie takie samo. Znowu przyjdzie nam udowadniać swoją wartość…
Najdziwniejsze jest to, że główne argumenty zwolenników i przeciwników wyjścia… pokrywają się. Wychodzi na to, że wszyscy chcą tego samego, tylko mają inną wizję drogi do swoich celów.
Podczas gdy zwolennicy wystąpienia z Unii mówią, że po wyjściu ceny zostaną obniżone i będzie więcej miejsc pracy, przeciwnicy Brexitu twierdzą zupełnie coś odwrotnego – uważają, że Brexit jest gwarancją podwyższenia cen i recesji oraz że brytyjskie biznesy stworzą więcej miejsc pracy we wspólnocie niż będąc poza nią.

  • Główne argumenty, które podają zwolennicy wystąpienia z UE:
    – obciążone szkolnictwo – brak miejsc w szkołach
    – “zdewastowana” służba zdrowia (dosłownie takiego słowa użyto)
    – brak kontroli nad ilością i “jakością” przyjezdnych (zbyt wiele niewykwalifikowanych imigrantów),
    – pompowanie pieniędzy w biedniejsze kraje Unii.
    Uważają, że wystąpienie z UE zapewni im silniejszą ekonomię, a dzięki temu, że nie będą musieli posyłać pieniędzy do Europy, obniżą się ceny, będzie więcej miejsc pracy i więcej możliwości dla małych biznesów. Przyznam, że ten ostatni argumet mnie nie przekonuje, a wręcz wydaje mi się naciągany.

 

  • Główne argumenty zwolenników pozostania w UE:
    – uważają, że Wielka Brytania jest silniejsza w Europie, poprzez niższe ceny, więcej miejsc pracy oraz inwestycje (podobne argumenty jak u zwolenników wystąpienia),
    – groźba kilkuletniej recesji oraz wzrostu cen jeśli dojdzie do Brexitu,
    – ograniczone możliwości przemieszczania się, podróżowania,
    – zmniejszone szansę dla obywateli UK na pracę, życie czy studia za granicą,
    – uważają, że Wielka Brytania jest bezpieczniejsza we wspólnocie,
    – podkreślają obecny specjalny status UK w UE, który objawia się między innymi poprzez zatrzymnie funta jako waluty czy ciągła kontrolę swoich granic (odprawy paszportowe), przez co UK jawi się jako państwo niezależne (tu również nie do końca się zgadzam, bo to jest konsekwencją nie przystąpienia do układu z Schengen).

Nastroje są ciężkie. Zwolennicy opuszczenia Unii jako główny argument obrali nas – imigrantów. Nikt tak na prawdę nie wie, jakie byłyby konsekwencje ewentualnego Brexitu, ale straszy się nas wizami, pozwoleniami na pracę, postawieniem nowych warunków naszego dalszego pobytu itp.
Ja nawet nie miałabym tego Anglikom za złe. Dopóki nie jestem obywatelem kraju, jestem tu gościem, nawet jeśli płacę podatki. I nie docierają do mnie argumenty, mówiące o tym, że Wielka Brytania nie poradzi sobie bez imigrantów. Poradzi. Nikt nie jest niezastąpiony. Brytyjczycy chcą wyjść z Unii właśnie po to, by móc dawać pozwolenie na pracę tym, których potrzebują, a nie przyjmować każdego.
Jest też i druga strona medalu – ponad półtora miliona Brytyjczyków na stałe mieszkających w Europie, (głównie w Hiszpanii i Irlandii, ale także Niemczech i Francji). Brexit oznaczałby dla nich np.: utratę świadczeń lekarskich czy kłopoty finansowe, jeśli funt straciłby na wartości. I co wtedy? Czy emeryci mieszkający poza UK musieliby wracać do kraju? Należy dodać, że ci Brytyjczycy, którzy przebywają za granicą dłużej niż 15 lat, nie mają prawa głosu w referendum, a przecież właśnie ich to dotyczy…
Brytyjczycy są podzieleni , wyniki sondaży zmieniają się każdego dnia, wahania są niewielkie, ale mam wrażenie, że ostatecznie szala przeważy na stronę zwolenników Brexitu. Oni bowiem są głośni, widoczni i wszędzie ich pełno, a euroentuzjaści jakby spokojniejsi, nie rzucający się aż tak bardzo w oczy.

Gdy w zeszłym tygodniu ruszyła ostra kampania pod hasłem “Vote remain”, podkreślano, że to ostatni moment, żeby przekonać niezdecydowanych. Następnego dnia zamordowano brytyjską posłankę, Jo Cox, która była aktywną działaczką na rzecz zostania Wielkiej Brytanii w Unii. Kampania została czasowo wstrzymana.
Cokolwiek się wydarzy 23-ego czerwca, nigdy nie będzie już tak samo.

 

Jeśli chcesz poczytać argumentacje stron:

Stronger in
Our future is brighter in the European Union
Vote leave take control

Sąsiedzi i przyjaciele z Londynu, Tony i Frank, mają odmienne zdanie 🙂

(po lewej: głosuj za wyjściem. Po prawej: …jeśli chcesz ograniczenia praw pracowników.)

Glosuj za wysciem...jesli chcesz ograniczyc prawa pracownikow.

Dom mojego sąsiada:

Dom mojego sąsiada

Po lewej, gdy przejeżdżałam kilka dni temu: “Chcemy nasze państwo z powrotem”

Po prawej (to samo miejsce), gdy przejeżdżałam dzisiaj:  “Tablica wyjścia ukradziona!”

 

"Chcemy nasze państwo z powrotem"Tablica "wyjscia" zostala ukradziona

Jedna z najlepiej sprzedających się gazet w Wielkiej Brytanii na 9 dni przed referendum oficjalnie poparła wyjście z Unii:

the sun

Kilka stron z ulotek jakie dostaliśmy do skrzynki pocztowej:

ulotka zwolennikow Brexitujak glosowacargumenty zowlennikow i przeciwnikow wyjscia

broszurka rzadowaz rzadowej broszurki

ulotka zwolennikow pozostania w UE z ulotki zwolennikow pozostania w UE

Grafika z netu:

13335762_10154328406537203_2354890139291913669_n13445508_10153534931436389_7836024844549570538_nBrexit-20-650 brexit-800x500 eu-in-out-referendum-cartoon_243681 Euro-in-out-3-960x600

Spekulacje internautow:

spekulacje internautów

 

 

Sir Rod Stewart – fotki z koncertu

Spełniłam swoje kolejne marzenie. W piątek 10-ego czerwca byłam na koncercie Roda Stewarta w Southampton. W sektorze A 🙂
Co mnie zaskoczyło? Fani i fanki. Średnia wieku 60+. Za to prawdziwi fani – znający słowa piosenek (ja też gardło zdarłam 😉 ) i wystylizowani na Roda (włosy, cekinowe bluzki, marynarki a’la Rod, szaliki w szkocką kratę itp.). Zazwyczaj na koncertach pija się piwo, a “na Rodzie” popijano dobre winko i szampana z plastikowych kieliszków.
Co mi się podobało? Organizacja koncertu – od parkingów, przez katering po gwarancję bezpieczeństwa i sparwy techniczne.
Czym się zachwyciłam? Oczywiście samym Rodem, a teraz już rycerzem mianowanym przez królową – Sir Rodem Stewartem. Ogłosił otrzymanie tego zaszczytnego tytułu właśnie na piątkowym koncercie. Uwielbiam go przede wszytskim za wokal, ale też za poczucie humoru, klasę i za to, że mimo swoich 71 lat, nadal ma w sobie duszę rockmena, świetnie się rusza i ciągle koncertuje.
Kocert na najwyższym poziomie – świetni muzycy, zachwycająca scenografia i boski klimat. Czego może chcieć więcej prawdziwy fan 🙂
Jako saport wystąpił meksykański zespół The Mariarchis oraz The Sisterhood z wokalem córki Stewarta. Gorąco polecam. Dziewczyny mają genialne głosy i niebanalny repertuar.
Ostatnio zrobiłam sobie test online “Zgadniemy twój wiek po muzyce jakiej słuchasz”. No to okazało się, że muzycznie mam …62 lata, czyli wpisuję się w nurt wielbicieli Roda. HA HA!

 

Angielskość oczami imigrantki

Nie będę się rozwodzić na tematy historyczne. Na temat Świętego Jerzego (Saint George) w Interencie można znaleźć morze widomosci. Polecam poczytać.
Chcę napisać o świętym Jerzym jako o angielskości, o symbolu jedności narodowej i dumie.
Anglicy są bardzo dumni ze swojego pochodzenia, ze swojej historii , z tego kim są. Oczywiście wytyka im się zarozumiałość oraz to że kolonializm wpływa na ich mentalność i postrzganie świata do dziś, czy przekłamanie historii (Enigma). Jednak ta duma pozwala im się jednoczyć w chwilach niepokoju i zagrożenia, ale nie tylko. Anglicy czują jedność i w każdym momencie są gotowi bronić swojego kraju. Kochają swoją Ojczyznę i uwielbiają swoją Królową. Monarcha nadal ma status posłannika Boga i dlatego wszystko, co związane z rodziną królewską, traktowane jest przez Anglików z należytym szacunkiem.
Dzień Świętego Jerzego (23-ego kwietnia), patrona Anglii, jest powodem do wywieszenia flagi i dumnego podkreślenia: “Jestem Anglikiem”. Organizuje się wtedy parady uliczne czy rekonstrukcje wydarzeń historycznych. Oczywiście święto patrona Anglii jest też powodem do spotkań w lokalnych pubach 🙂

Według legendy Św. Jerzy pokonał smoka, a umoczywszy miecz w jego krwi, nakreślił krzyż i w ten oto sposób powstał flaga Anglii (widoczna na zdjęciu głównym), którą Anglicy prezentują w każdej postaci – flagę wywiesza się z dumą, nakleja się ją na szybę samochodu czy nosi na koszulce, skarpetkach czy nawet bieliźnie – bez złych konotacji.
Anglicy bardzo cenią sobie życie w grupie. Doskonale współdziałają jako społeczeństwo. Świetnym przykładem na to są choćby zbiórki na cele dobroczynne i mnogość działających fundacji i organizacji. Ważne jest dla nich również odnalezienie się w lokalnych społecznościach, zarówno sąsiedzkich – spotykanie w pubach, pogawędki przez płot, wszelkiego rodzaju rady sąsiedzkie ; parafialnych – organizacja obrzędów, spotkania po mszy na kawie, herbacie czy winku i domowych ciastach; szkolnych – rady rodziców, nieformalne spotkania rodziców itp.; czy pracowniczych – wspólne lunche, imprezy pracownicze. Wykorzystują każdą okazję, by się spotykać. Uważają, że trzeba się udzielać towarzysko. Potrafią się zorganizować jeśli potrzebna jest pomoc – od zbiórki ubrań, żywności i pieniędzy po pracę na cele społeczne i bezinteresone poświęcenie własnego czasu i nieżałowanie sił.
Dlaczego to piszę? Bo uważam, że tak silnie zakorzenione poczucie wspólnoty jest mocną stroną państwa. Choć jest to kraj otwarty na przybyszy, na tolerancję , to jednak w pewnych granicach i na ich zasadach.
Chciałoby się napisać, że Anglicy nie są narodem tak skrajnie podzielonym jak Polacy w dzisiejszej dobie, jednak nie do końca jest to prawda. Jak bardzo naród jest podzielony widać w sondażach referendalnych, dotyczących wystąpienia lub pozostania w Unii Europejskiej.
Zwolennicy wyjścia z Unii, wiedzą, że Anglia świetnie sobie poradzi sama, a przeciwnicy zdają sobie sprawę, że siła tkwi we wspólnocie. Ot, i cała angielskość. Nawet przy tak odmiennych zdaniach, można zauważyć spójność, bo Anglicy wiedzą, że ich siłą jest duma i wspólnota.
PS. Jeśli kiedykolwiek będziecie w okolicach Uffington w Oxfordshare, koniecznie pojedźcie zobaczyć Białego Konia (Uffington White Horse) i Wzgórze Smoka (Dragon Hill). Według legendy to na tym wzgórzu Św. Jerzy zabił smoka, a widoczne zagłębienia w ziemi (doskonale widoczne ze wzgórza Białego Konia) powstały gdy spływała smocza krew. Jest to miejsce magiczne i jedno z moich ulubionych w Anglii. Można wejść na oba wzgórza – Dragon Hill i White Horse. Trochę tam wieje, ale wrażenia są tego warte 🙂

Anglik w Krakowie

Spotkałam dzisiaj dawnego współpracownika, Anglika. Od razu pochwalił się, że był na urlopie w Polsce, a dokładnie w Krakowie. Powiedział mi, że jest zszokowany tym, co zastał.

Bardzo pozytywnie zszkowany. Mówił, że ludzie są bardzo mili, a Kraków przepiękny. Powiedział również, że wie, dlaczego Polacy przybywają do Anglii, oraz że zdaje sobie sprawę, że był w Polsce tylko 5 dni, tylko w Krakowie i tylko na urlopie, ale że na naszym miejscu zrobiłby wszystko, żeby wrócić. Bo mamy piękny kraj, wspaniałe jedzenie, są tam cudowni ludzie, a Polska się rozwija, i że to widać.
Mój znajomy już planuje kolejnu urlop. Tym razem w Warszawie.

Wiem, że to jego subiektywna opinia, że ciągle jest w powakacyjnej euforii, ale myślę, że warto sobie wziąć do serca tego typu opinie.
Bo jeśli zawsze będzemy patrzeć na Polskę przez pryzmat niskich zarobków, tego co nam daje lub nie daje państwo, tego, że politycy to złodzieje i oszuści, że kolejki do specjalisty, to zawsze już będziemy nieszczęśliwi.
Sami musimy o siebie zadbać, a zamiast narzekać, zrobić wszystko, by Polska kroczyła w odpowiednim kierunku. Można zacząć od podstaw, uczestnicząc w wyborach parlamentarnych, udzielając się dla lokalnej społeczności, udoskonalając miejsce, w którym żyjemy.
Chcę wrócić do Polski nie dlatego, że rząd obiecał mi 500zl na nie każde dziecko, nie dlatego, że chcę robić karierę i łudzę się, że wszyscy tam na mnie czekają, ale dlatego, że tam po prostu chcę żyć. A jeśli się chce, to da się żyć.

Polacy ciągle przyjeżdżają na wyspy z nadzieją na lepsze życie, ale niejdenokrotnie doznają zawodu, sen o krainie mlekiem i miodem płynącej pryska jak bańka mydlana. Podobnie można się rozczarować po powrocie do Polski. Dlatego uważam, że wiele zależy od nas samych. Mamy wybór i powinniśmy z niego korzystać. Nie liczę na nikogo, ani na nic. Liczę na siebie. Gdziekolwiek jestem.

[zdjęcie Maciek Pelc, rzeźba Igora Mitoraja na krakowskim rynku – Eros Bendato]

DOM

Mówi się “Dom Twój, gdzie serce Twoje”, ale i “Dom jest tam, gdzie nasi bliscy”.

Zanim założyłam rodzinę, zanim pojawiły się dzieci, nie potrafiłam nazwać Anglii swoim domem. Przez okres 3 lat zmieniałam adres zamieszkania 5 razy. Niektóre adresy z założenia były przejściowe, tymczasowe, ale miałam dwa takie miejsca, w których próbowałam tworzyć dom. Udało się przy szóstej zmianie adresu 🙂

 

Mimo to przez wiele lat, gdy planowałam urlop w Polsce, mówiłam, że wracam do domu.
Od 8 lat mieszkam pod tym samym adresem. Choć jest to wynajmowane mieszkanie, to lubię tu wracać, tu czuję się dobrze i bezpiecznie. Moje dzieci tu się wychowują i nazywają to miejsce swoim domem. Ale wiem, że i ten adres jest przejściowy, że nadejdzie czas na przeprowadzkę. Liczę, że już prosto do Polski 🙂
“Z domami jest tak jak z niektórymi ludźmi. Nie jest z nimi na życie, ale czasami jest po drodze. Idziemy razem przez rok, albo pół życia, ale czasami tylko kilka dni.
Odkryłem, że nie ma znaczenia jak długo. Ale ma znaczenie jak bardzo.
Z domami też tak jest. ” (Kapla w Drodze)

Ściany to jeszcze nie dom, ale ja łatwo przywiązuję się do miejsc. Miejsca, zapachy i ludzie wzbudzają we mnie najwięcej wpomnień. Każde miejsce, w którym mieszkałam, wiąże się z pewnymi okresami w moim życiu.
Moim największym marzeniem jest zamieszkać w Bieszczadach. Żyć spokojnie, bez pośpiechu, bez gonitwy dnia codziennego.
Nie wiem, czy spełnię to marzenie. Najpierw jednak chcę wrócić do domu rodzinnego. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma to szczęście posiadać dom rodzinny, w którym się wychował i do którego zawsze może wrócić. Ja mogę i chcę.

 

“Jeśli nie masz domu, to w każdym miejscu świata, pięknym albo brzydkim, takim które lubisz, albo takim którego tylko się lękasz nie jesteś podróżnikiem. Jesteś włóczęgą” (Kapla w drodze).
I myślę, że każdy ma wybór. Czasem dobrze jest być włóczęgą i nie przywiązywać się, nie tęsknić.
Wielu moich znajomych kupiło lub zamierza kupić domy w Anglii. Chcą poczuć się pewnie, chcą stabilności bo Anglia stała się ich domem.
Ale mam i takich znajomych, którzy kupili domy, ale nie mają tego poczucia dopełnienia, nie czują, że ten budynek i kraj jest ICH DOMEM. Potraktowali zakup domu jako inwestycję i zamierzają wracać do Polski.
Bo określili swoje miejsce na ziemi i zdefiniowali swoje szczęście.

Znalezienie swojego miejsca na ziemi jest dla mnie ważne, choć nie jestem domatorką. Lubię wyjazdy, ale lubię też powroty. Żeby móc gdzieś wrócić, trzeba mieć dom. Gdziekolwiek pojadę, dom wyznacza mi kierunek.

Tęsknię za polskością, za rodziną, która została, za miejscami, w których spędziłam większą cześć swojego życia.

I można się spodziewać, że po przeprowadzce do Polski zatęsknię za angielskością, za znajomymi, za jakością życia w UK. Wrócę inna, z innym spojrzeniem na świat i życie, inna mentalnie. I już zawsze będę rozdarta między dwoma krajami.

Krótko o Londynie

IMG_0053
“Jedyne lekarstwo dla znudzonych życiem w gromadzie: życie w wielkim mieście. To jedyna pustynia, jaka jest dziś dostępna.” (Albert Camus)

I tak też się czułam na kolejnej wyprawie do Londynu. Nie mam pojęcia której z kolei, tyle ich było. Londyn zadziwia, pochłania, zaskakuje, ale również przeraża i bardzo męczy.
Mój Londyn to przede wszytskim galerie, muzea, wystawy i obowiązkowy spacer wzdłuż Tamizy. Uwielbiam też słuchać mówców w Hyde Parku (Speakers’ Corner).

Najwspanialsza wystawa na jakiej byłam to Dali Universe, poświęcona twórczości Salvadora Dali, a moje ulubione muzeum to British Museum. Tak, wiem, że budzi kontrowersje, ja również mam mieszane uczucia co do tego, czy te wszystkie skarby powinny być w tym miejscu, ale z drugiej strony, dzięki temu, że trafiły do rąk Anglików są wspaniale wyeksponowane i każdy może do woli je podziwiać, ponieważ wstęp jest darmowy.
Nigdy natomiast nie byłam w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds ani na London Eye. Nie czuję takiej potrzeby i jakoś szkoda mi na to czasu.

Londyn sprawia wrażenie bezkresu. Ulice to labirynt bez wyjścia, można wędrować i odkrywać rozmaitość miasta. Wieżowce dają poczucie małości, są jak mrowiska, skupiające spieszących się ludzi. Śpieszą się do pracy, na metro, na lunch, do domu… Ludzie są za to przeróżni, wielobarwni i tacy nieskrępowani. Lubię się im przyglądać, obserwować zachowania, to jak są ubrani, co jedzą. Łatwo rozpoznać kto tu przyjechał jako turysta, a dla kogo Londyn jest miejscem zamieszkania.
Londyn mnie przeraża bo jest ogromny, głośny, szybki i brudny. Jestem wrażliwa na zapachy, a w tej mtropolii ich nie brakuje. Czasem pachnie świeżymi pączkami i jedzeniem z budek, ale czasem spalinami i ciepłym powietrzem z metra. Tego zapachu chyba nie lubię najbardziej.

Mimo tego wszystkiego Londyn daje poczucie anonimowości, swobody i wolności.
Dlatego lubię tam wracać, ale nigdy nie mogłabym w nim zamieszkać.

[Zapraszam do galerii zdjęć. Po kliknięciu na zdjęcie pokaże się krótki opis]